Ślubne podwiązki

Dzisiaj ślubne podwiązki. O tym elemencie garderoby po prostu nie można zapomnieć! W polskiej tradycji przyjęło się, że ślubna podwiązka powinna być niebieska. Ale kto powiedział, że musimy być w tym względzie tradycjonalistkami, drogie Panie?

Ślubna podwiązka nie musi koniecznie przytrzymywać pończoch, to raczej symbol. Tym bardziej powinna być oryginalna, zaskakująca i prowokująca. W sam raz na noc poślubną!

Taka podwiązka to także świetny pomysł na wieczór panieński! Każda panna młoda będzie zachwycona. Upewnijcie się tylko, że Wasze koleżanki nie wpadną na ten sam pomysł. Ja na swój wieczór panieński dostałam trzy podwiązki (za co niniejszym moim przyjaciółkom dziękuję), a uda mam tylko dwa… ;-)

Te prezentowane przeze mnie na zdjęciach pochodzą z internetowego sklepu www.etsy.com, który prowadzi wysyłkę do Polski. Kosztują ok. 100 zł. I co Wy na to, drogie Panie?

Długie suknie dla świadkowej i druhen

W przyszłym roku czekają mnie dwa śluby w mojej nowej rodzinie (jak to dobrze mieć męża! nie musisz się zastanawiać, czy na pewno zabierze cię jako osobę towarzyszącą na wesele do swojej rodziny). Gdy tylko się o tym dowiedziałam, rozpoczęłam poszukiwania stosownej kreacji, choć moja szafa roi się od sukienek (i spodni) na tą okazję. Mój honor nie pozwala mi bowiem pojawić się dwa razy w tej samej sukience na weselu (mój portfel niestety bywa odmiennego zdania).

I znalazłam. Przepiękne suknie wieczorowe z kolekcji wedding Paris. Niestety, jak dla zwykłego gościa nieco za bardzo wystawne. Znakomite za to dla świadkowej i druhen. W niektórych śmiało można wystąpić na weselu nawet w charakterze panny młodej.  Nie są zabójczo drogie (ok. 700 zł, w zależności od modelu) i można je zamówić przez internet. Zobaczcie i oceńcie same!


Rozdział 4

Pan M. się oświadcza, a Panna P. mu to utrudnia

Jedziemy zdobywać Rysy. Drugie podejście. Przy pierwszym, rok temu, stchórzyłam na 100 m przed szczytem (Nie mam zaufania do łańcuchów. Było potwornie ślisko. Nie mieliśmy raków). Mijamy malujące się w oddali dwie wieże zamku w Chęcinach. Tuż przed Tokarnią Pan M. gwałtownie hamuje. Lecę z telefonem przy uchu do przodu.
– O matko! Sarna! – krzyczę do słuchawki, bo właśnie zadzwoniła Mi.
– Jaka sarna? Gdzie sarna? – dopytuje się zdezorientowana. Tłumaczę, że jedziemy z Panem M. do Zakopanego, zrobić kolejne podejście do Rysów i że właśnie wyskoczyła nam przed maską sarna. Chwała Bogu, że Pan M. w porę zahamował, że nikt za nami nie jechał i że w ogóle wyjątkowo pusto na drodze, że Panu M. udało się zarezerwować inny pokój niż nasza tradycyjna „trumna”, że…
- Weekend zaręczynowy – krótko podsumowuje Mi.
- Głupia jesteś – mówię i odkładam słuchawkę.

Kilka godzin później…

Tak Pan M. miał dobry pomysł.  Pokój okazał się nieduży, ale uroczy i drewniany. Łazienka też była malutka. Moje kosmetyki, ręczniki, zrzucone do kąpieli ubrania siłą rzeczy wypełniły całą niemalże przestrzeń. Niemniej jednak został kawałek, całkiem nieduży, pustej podłogi, na którym bez problemu zmieściłaby się równie nieduża kosmetyczka Pana M.. Zdziwiło mnie więc, gdy on, typowy mężczyzna (czyli taki, który zawsze rzuca skarpetki tam, gdzie akurat stoi), po umyciu zębów wyszedł z łazienki z kosmetyczką i zaczął upychać ją na dnie swojego plecaka.
- Dlaczego nie zostawiłeś kosmetyczki w łazience? – zapytałam.
- Bo jest strasznie malutka – odparł nie precyzując czy chodzi o łazienkę, czy kosmetyczkę, więc dałam spokój dalszym dociekaniom (skąd miałam wiedzieć, że po prostu miał tam schowany pierścionek?).

Kilkanaście godzin później…

O piątej rano lał deszcz i nie zapowiadało się, aby miał w najbliższym czasie przestać. Wyglądało więc na to, że dzisiaj Rysów nie zdobędziemy.  Jedziemy więc oglądać jaskinię na Słowacji. W jaskini swoim zwyczajem wlokę się z tyłu, więc ledwo dociera do mnie, co mówi przewodnik (na szczęście była tu opcja po angielsku). Słyszę to co chce usłyszeć, czyli, że trzeba pomyśleć życzenie i rzucić monetą o ścianę. Jeżeli się przyklei, życzenie się spełni. Wyjmuję z portfela monetę, myślę życzenie (nie trudno się domyślić jakie) i z całej siły rzucam. Moneta odbija się od ściany i wpada z pluskiem do wody. Przepadło, myślę i zaczynam na poważnie zastanawiać się nad sprowadzeniem do domu kolejnego kota (jak każda szanująca się stara panna). Drugą monetę daję Panu M. i każę rzucać. Bez problemu przykleja się do ściany (jak to możliwe?!). Więc może nie wszystko stracone… Życzenie było co prawda Pana M., ale moneta moja…
– O czym sobie pomyślałeś – pytam.
– Nie powiem.
- Oj powiedz…
- Powiem później.
- Dobra – odpowiadam (skąd miałam wiedzieć, że to „później” znaczyć miało „jutro o tej samej porze”?).

Kilkanaście godzin później…

Wygląda na to, że dzisiaj pogoda będzie nieco lepsza. Ryzykujemy podejście pod Rysy. Na wysokości Wodogrzmotów Mickiewicza pogoda załamuje się na dobre. Nadciągają czarne chmury, zaczyna wiać. Dojdziemy nad Czarny Staw pod Rysami, zobaczymy jak wygląda sytuacja i zadecydujemy, co dalej, postanawiamy. Nad Czarnym Stawem nie wygląda to najlepiej. Wyżej leży śnieg, niżej zaczyna padać deszcz. Wieje jak cholera. Kręcimy się trochę wzdłuż brzegu, nie mogąc się zdecydować co robimy. Wygląda na to, że drugie podejście będzie równie, albo jeszcze bardziej, nieudane jak pierwsze. Trudno. Przyjedziemy w przyszłym roku w sierpniu, postanawiamy. Może w lecie będziemy mieć szczęście do lepszej pogody…
- Postójmy tu jeszcze przez chwilę – mówi Pan M., gdy stoimy koło wielkiego kamienia, tylko trochę osłonięci od wiatru. Mija nas dwóch chłopaków zmierzających w stronę Mięguszowieckiej Przełęczy. Na dole kręci się trochę ludzi.
- Nie no. Chodź już. Zimno tu. Zaraz zacznie lać – mówię zniechęcona i odchodzę. Prawda jest taka, że cały czas, gdzieś tam głęboko ukrytą miałam nadzieję na oświadczyny na szycie Rysów. Tymczasem wygląda na to, że będę musiała czekać do następnego roku. Widzę, że Pan M. nie jest szczęśliwy, że ledwo się tutaj wdrapał, już musi schodzi.
- To chodź, przejdziemy się jeszcze kawałek na drugą stronę – proponuję. Idziemy wąską ścieżką. Z jednej strony skały, z drugiej lodowata woda. Jest tak paskudnie, że nawet kaczki zdążyły się gdzieś pochować.
- Poczekaj – mówi nagle idący za mną Pan M.. Zatrzymuję się. – Zamknij oczy – mówi. Zamykam i panikuję. – O Boże! Będzie się oświadczał! Jednak! A ja wyglądam jak ostatnie nieszczęście. Na głowie dziesięcioletnia, przetarta chustka. Na wierzchu brudny polar, a pod spodem… O matko! Majtki ala Bridget Jones!
- Już – słyszę. Podnoszę powieki do góry. Pan M. zniknął! Na wysokości moich oczu skała. Spuszczam wzrok w dół i widzę malutki pierścionek z niebieskim oczkiem w czerwonym pudełku. Pan M. klęczy.

-Wyjdziesz za mnie? – pyta
- No pewnie
– odpowiadam z pełnym przekonaniem i strumieniem łez zasilam wody Czarnego Stawu.

=============================================================
Dobre rady Panny P.

Zawsze noś na sobie seksowną bieliznę, nawet, gdy idziesz zdobywać najwyższy szyty Polski. Nigdy nie wiadomo, kiedy z przerażeniem odkryjesz, że może właśnie ci się przydać.

Zawsze miej plan B, na wypadek, gdyby pogoda zniweczyła plan A. (Pan M. zamierzał się oświadczyć na szczycie Rysów). Zawsze miej plan C, na wypadek, gdyby twoja przyszła ewentualna narzeczona pokrzyżowała Ci plan B (Pan M. miał zamiar odczekać aż wszyscy migający na horyzoncie ludzie w końcu sobie pójdą i oświadczyć się koło wielkiego kamienia, który tylko trochę osłaniał od wiatru).

Zawsze wybieraj na oświadczyny miejsce, w którym Twoja przyszła ewentualna narzeczona nie będzie miała wyboru i odpowie „tak”(Pan M. co prawda w ostatecznej desperacji rzucił się na klęczki na środku ścieżki, ale w ostatecznym rozrachunku sytuacja nie wyglądała najgorzej. Nie mogłam powiedzieć „nie” stojąc nad szczytem przepaści prowadzącej tuż do lodowatego stawu). Z tego samego powodu:

Zawsze przeanalizuj swoją sytuację zanim na oświadczyny odpowiedz „nie”, istnieje niebezpieczeństwo, że twój niedoszły narzeczony zepchnie Cię w desperacji prosto do lodowatej wody.
=============================================================

Ślubne spinki do mankietów pod choinkę

Ślubne spinki do mankietów

Świąteczna butelka coca-coli pojawiła się w sklepach już jakiś czas temu. To wyraźny sygnał, że pora wprowadzić świąteczne klimaty także na moim blogu ;-) .

Jestem właśnie na etapie szukania pomysłu na gwiazdkowy prezent dla mojego świeżo upieczonego męża (jakieś podpowiedzi?). W zeszłym roku poszło łatwo. Postanowiłam sprezentować mu spinki do mankietów. Ślubne rzecz jasna. Muszę Wam powiedzieć, że trochę się naszukałam spinek z czerwonym oczkiem… Ostatecznie zamówiłam je przez internet.

Prezent okazał się strzałem w dziesiątkę, bo mój wówczas Przyszły Mąż w ogóle nie wpadł na pomysł, że w zasadzie będzie potrzebował takiego ślubnego dodatku. Może Wy mi powiecie, dlaczego my zawsze musimy myśleć za naszych mężczyzn?

Poniżej kilka podpowiedzi dla Was. Zobaczcie, jakie spinki będą pasować do garnituru, koszuli i krawata Waszego przyszłego męża. Więcej propozycji znajdziecie w galerii „Ślubne spinki do mankietów: zdjęcia i rady, jak je dobrać.”

Fotograf Ślubny Roku 2009

Poznajcie Carlo Carlettiego z Włoch, najlepszego ślubnego fotografa świata w roku 2009! Ten zaszczytny tytuł został mu nadany przez Wedding Photojournalist Association (WPJA), organizację zrzeszająca fotografów ślubnych z całego świata.

Carletti swoją karierę rozpoczął w 1987 roku od współpracy z toskańskimi gazetami i magazynami. Od tego czasu sfotografował niezliczoną ilość ślubów i opublikował cztery książki na temat fotografii. W 2006 roku poraz pierwszy otrzymał tytuł Fotografa Roku.  Fotografuje śluby w całych Włoszech, ale jego ukochanym miejscem jest Wenecja (trudno się dziwić). Jego ulubieni klienci, to tacy, którzy zapominają o aparacie i cieszą się chwilą (to ja :-) ).

Jego prace zobaczyć można w Siennie na wystawie w Galleria Istantanea, którą założył wraz z przyjaciółmi fotografami. „Chcemy pokazać, że fotografia ślubna także może być sztuką” – mówi.  Ja pod tym zdaniem podpisuję się obiema rękoma! A Wy?

Dla potwierdzenia poniżej kilka z jego najlepszych ślubnych fotografii. Jak Wam się podobają?

PS. Na szóstym miejscu w konkursie WPJA znalazł się Polak: Bartosz Jastal. Serdeczne gratulacje!

PS 2. Jeżeli zastanawiacie się, jak znaleźć dobrego fotografa na swój ślub, zajrzyjcie do artykułu „Fotograf na ślub: te pytania trzeba zadać”.

Rozdział 3

Panna P. w górachPanna P. w górach

Panna P. dokonuje makabrycznego odkrycia, a Pan M. wisi na telefonie

Spojrzałam w lustro. Raz. Drugi. Trzeci. Nie dało się ukryć tego faktu. Była tam. Ogromna zmarszczka biegnąca przez sam środek czoła! Moja pierwsza zmarszczka! I to akurat w dniu moich urodzin (dlaczego mi się to zawsze przytrafia?). Cholera! Dwa dni temu odniosłam z powrotem do sklepu omyłkowo kupiony krem przeciwzmarszczkowy uznając, że jestem na to jeszcze zbyt młoda…

O matko! Więc przepadło! Nie wyjdę za mąż zanim pojawi się pierwsza zmarszczka…

Chwyciłam za telefon, aby tą „radosną” nowiną pochwalić się mojej kochanej rodzicielce, która, gdy tylko skończyłam piąty rok życia i zakochałam się w mojej pierwszej sukni ślubnej (z ogromnymi bufami) zawyrokowała, że zostanę starą panną.- To fantastycznie córeczko. Dzwonię od razu do kosmetyczki, żeby zapisać nas na botoks. Sama się bałam, we dwie będzie raźniej – usłyszałam przez telefon, gdy tylko wylałam swoje żale. Nikt nie potrafi cię pocieszyć tak jak własna matka… I nikt tak jak ona nie wie, czego akurat potrzebujesz: dostałam w prezencie urodzinowym stosowny krem przeciwzmarszczkowy opatrzony komentarzem: – Kupiłam ci na urodziny sweterek, ale taki mi się spodobał, że zostawiłam sobie.

A myślałam, że już gorzej być nie może… Otóż mogło.

Niezależnie od porannego kataklizmu  musiałam dotrzeć do pracy, a potem z niej wrócić.Na stacji metra spotkałam Magdę. Wieki całe się nie widziałyśmy, choć okna naszych mieszkań są dokładnie naprzeciwko siebie.

- Wychodzę za mąż – poinformowała mnie od razu na wstępie. A przecież nigdy nie miała szczęścia do mężczyzn, choć zwykła powtarzać, że „nie ma takiego wagonika, którego nie dałoby się odczepić”.

- Jak ci się oświadczył? – zapytałam przez grzeczność, chociaż poziom mojego zadowolenia z tego dnia zbliżał się właśnie do poziomu krytycznego (Czekolady! Czy ktoś ma czekoladę?!). Zamiast mnie zbyć, Magda z wielką ochotą musiała opowiedzieć. Pojechali w Tatry. On też, tak, jak ona jest zapalonym taternikiem. Nie, nie wspinali się na najwyższe szczyty. Poszli wieczorem do schroniska na Hali Ornak, mieli tam nocować, aby rano wyruszyć w wyższe partie Tatr. Pod schroniskiem czekał… osiodłany koń. Dla niej i dla niego. Skąd Marek wziął konia, zdradzić nie chciał. Na jego grzbiecie zawiózł Magdę nad bajecznie piękny Smreczyński Staw. I tam się oświadczył… Po tej historii poziom mojego zadowolenia z tego dnia osiągnął właśnie poziom krytyczny. To przecież były moje wymarzone zaręczyny!

W drodze powrotnej do domu postanowiłam gruntownie przemyśleć kwestię mojego ewentualnego staropanieństwa biorąc pod uwagę fakt, że pierwszą zmarszczkę mam już za sobą…  Pan M. się nie oświadczał… , to był fakt niezaprzeczalny. Przygotowania do ślubu zajmują ponoć cały rok… (do zweryfikowania).  Za rok o tej porze na pewno będę miała całą twarz pooraną zmarszczkami, obwisły biust (i nawet najlepszy gorset w sukni ślubnej temu nie zaradzi), wypadną mi włosy, a idąc do ołtarza na pewno złapię zadyszkę… Mając przed sobą tą makabryczną perspektywę postanowiłam zmusić Pana M. do małżeństwa…

W tym samym czasie…

Pan M. po raz kolejny odkładał słuchawkę telefonu. Dlaczego znalezienie drewnianego domku, z małym przytulnym pokoikiem w Zakopanem na dwa dni przed wyjazdem był tak cholernie trudnym zadaniem? Owszem mógł zarezerwować ten sam pokój w kształcie trumny, w tym samym domku co zawsze, ale nie sprzyjał on romantycznym chwilom. Tymczasem tegoroczna próba zdobycia Rysów (już trzecia z rzędu) miała być absolutnie romantycznym wyjazdem…

===========================================================

Dobre rady Panny P.:

Czekolada naprawdę potrafi poprawić humor. Pierwsza zmarszczka to jeszcze nie koniec świata (zawsze może być gorzej), w Zakopanym w samym środku sezonu naprawdę trudno znaleźć atrakcyjną, wolną kwaterę, a poza tym czasami warto zaufać swojemu facetowi…  On naprawdę wie, o czym marzycie (w niektórych przypadkach oczywiście nie zaszkodzą drobne sugestie – patrz Rozdział 2).

============================================================

TOP 10: Oryginalne zaproszenia ślubne

Słowem wstępu: niniejszym zestawieniem uroczyście otwieram zestawienie „TOP 10″, czyli mój subiektywny wybór dziesięciu najciekawszych, najoryginalniejszych, naj – rzeczy niezbędnych na ślub.  W nadziei, że Was zainspiruję do własnych poszukiwań.

*

Ile ja się namęczyłam nad naszym zaproszeniem ślubnym… Oczywiście wymyśliłam sobie, że koniecznie musi być oryginalne i że zaprojektuję je sama (ale o tych perypetiach niebawem przeczytacie w moich fabularyzowanych przygodach ślubnych w kategorii „Panna P. wychodzi za mąż”).

W zasadzie przypadkiem okazało się, że zaproszenie pasować będzie idealnie do całej koncepcji naszego wesela, która narodziła się niezależnie od zaproszenia, a która niestety została przez nie niejako zdeterminowana. Trochę czasu bowiem zajęło mi uświadomienie sobie, że w zasadzie zaproszenie to pierwsze co zobaczą nasi goście, więc dobrze żeby było wprowadzeniem do naszej imprezy.

Dlatego proponuję: nie odkładajcie decyzji o wyborze zaproszenia ślubnego na ostatnią chwilę, tak samo jak wyboru koncepcji Waszego ślubu i wesela. Te dwie rzeczy po prostu muszą być ze sobą powiązane. Nie ma innej rady.

Tymczasem ja, osobiście, wybrałam dla Was moje TOP 10, jeżeli chodzi o najoryginalniejsze zaproszenia ślubne. Zakochałam się absolutnie we wszystkich tych pomysłach, więc nawet nie wiecie jak się cieszę, że tą decyzję mam już za sobą :-) . Wam zaś życzę powodzenia!

Jeżeli macie własne, prywatne TOP 10 najciekawszych zaproszeń ślubnych, albo Wasze zaproszenie było jedyne, wyjątkowe i niepowtarzalne, ślijcie je proszę do mnie:  [email protected]. Z przyjemnością je opublikuję!

Serialowe Panny Młode

Usta usta
Oglądałam wczoraj serial „Usta Usta” (przyznaje się bez bicia, że uwielbiam od czasu do czasu tvn-owskie seriale, w których wszyscy są piękni, młodzi, bogaci… i zaskakująco często biorą śluby).

Para głównych bohaterów brała ślub (ale ja lubię takie seriale ;-) ). Ekipa znalazła przepiękne miejsce na Pałac Ślubów: zabytkowy pałacyk. Pogratulować pomysłu, szkoda tylko, że w rzeczywistości nie wiele jest tak uroczych miejsc idealnych na ślub cywilny :-( Szkoda też, że nie zawsze mamy tak piękną zimę, jak bohaterowie serialu, bo to wymarzona sceneria na ślub.

Jedyne, co mnie naprawdę rozczarowało to suknia ślubna, którą nosiła Magdalena Różdżka. Fatalnie dobrane buty nie poprawiły wizerunku całości. A szkoda, bo można było udowodnić, że do ślubu cywilnego też można iść w bieli i że ślubna suknia wcale nie musi być długa.

A propos: te z Was, które cały czas zastanawiają się, w co się ubrać do ślubu cywilnego odsyłam do galerii pomysłów na sukienki i… spodnie do ślubu cywilnego.

Moje rozczarowanie skłoniło mnie do przyjrzenia się innym serialowym pannom młodym w polskich produkcjach. Poniżej rezultaty moich poszukiwań. Uczucia mam mieszane, dlatego oddaję głos Wam. Głosujcie, proszę, na Najpiękniejszą serialową Pannę Młodą!

Ja swój głos oddaję na Katarzynę Maciąg w „Teraz albo nigdy”. Nie trudno się domyślić dlaczego ;-) Po pierwsze: dlatego, że miała fantastyczny kapelusik ze wstążką w kolorze naszego Ślubclickowego kwiatka (zobaczcie przy okazji pomysły na woalki ślubne). Po drugie: dlatego, że miała powalającą krótką suknię ślubną z moimi ukochanymi falbanami (jakby się mocno uprzeć mogła nawet przypominać moją własną suknię slubną ;-) ).

Zapraszam do głosowania!

Czarno-białe suknie ślubne

Suknia ślubna Dolce&Gabbana, woalka i czarne buty

Czy to jeszcze suknia ślubna? – zapytacie patrząc na powyższe zdjęcie (na marginesie to pomysł włoskiego duetu Dolce&Gabbana). Ależ tak! Kto powiedział, że suknia ślubna musi być śnieżnobiała? W ostatnim sezonie szalenie trendy stały się czarne elementy do sukni ślubnych. I nadal nie wychodzą z mody!

Pamiętajcie jednak: modne są subtelne dodatki, a nie czarne suknie ślubne, które lansują niektóre polskie salony sukni ślubnych, a które są po prostu paskudne. Subtelne dodatki to: paski, efektowne hafty czy delikatny tiul na wierzchu sukni. Całość ma być lekka i zwiewna, a nie przytłaczająca ciężką czernią.

Czarne mogą być też dodatki: buty ślubne czy ślubne bukiety (czarny welon zarezerwowany jest wciąż dla uroczystości pogrzebowych). Pomysły można by mnożyć bez liku. Zasada jest tylko jedna: nie przesadzamy!

Jak Wam się podobają takie ślubne stylizacje? Ja nie ukrywam, że jestem nimi zachwycona, choć wymagają dużej odwagi. Ale przecież tego dnia świat należy do nas, drogie Młode Panny!

Candy bar, czyli słodkości na weselu

Weselny candy bar

Nie będę ukrywać: nie darzę amerykańskiego stylu życia szczególną sympatią, ale… Jest jedna rzecz, która mnie absolutnie zachwyca:  weselny candy bar. Czyżby to dlatego, że wciąż uwielbiam lizaki, cukierki, czekoladki i wszelkie inne słodycze? ;-)

W każdym bądź razie amerykański candy bar może być świetną alternatywą dla naszych tradycyjnych weselnych ciast, zwłaszcza jeżeli dodamy do niego kolorowe babeczki. Z czego składa się taki cukierkowy barek? Ano ze słodyczy wszelkiej maści: orzechów w czekoladzie, weselnych migdałów w lukrze, lentilek, lizaków, ciasteczek i wszystkiego, co jest kolorowe i słodkie.

Jeżeli już zdecydujecie się na taki candy bar zadbajcie o to, aby był utrzymany w klimacie Waszego wesela. Z pewnością zrobi wrażenie na tych małych i tych dużych dzieciach. Przecież wszyscy uwielbiają słodycze! Na te pyszności warto przygotować osobny stolik np. przy wejściu do weselnej sali.  Możecie go przygotować we własnym zakresie w ramach dekorowania sali weselnej albo podsunąć taki pomysł właścicielom restauracji, w której będziecie mieli wesele.  Może skorzystają z niego na dłużej uszczęśliwiając inne młode pary?

[źródło fotografii: Razvan photography, brendasweddingblog.com, lovelybride.com]

Switch to our mobile site