Ślubne spinki do mankietów pod choinkę

Ślubne spinki do mankietów

Świąteczna butelka coca-coli pojawiła się w sklepach już jakiś czas temu. To wyraźny sygnał, że pora wprowadzić świąteczne klimaty także na moim blogu ;-) .

Jestem właśnie na etapie szukania pomysłu na gwiazdkowy prezent dla mojego świeżo upieczonego męża (jakieś podpowiedzi?). W zeszłym roku poszło łatwo. Postanowiłam sprezentować mu spinki do mankietów. Ślubne rzecz jasna. Muszę Wam powiedzieć, że trochę się naszukałam spinek z czerwonym oczkiem… Ostatecznie zamówiłam je przez internet.

Prezent okazał się strzałem w dziesiątkę, bo mój wówczas Przyszły Mąż w ogóle nie wpadł na pomysł, że w zasadzie będzie potrzebował takiego ślubnego dodatku. Może Wy mi powiecie, dlaczego my zawsze musimy myśleć za naszych mężczyzn?

Poniżej kilka podpowiedzi dla Was. Zobaczcie, jakie spinki będą pasować do garnituru, koszuli i krawata Waszego przyszłego męża. Więcej propozycji znajdziecie w galerii „Ślubne spinki do mankietów: zdjęcia i rady, jak je dobrać.”

Fotograf Ślubny Roku 2009

Poznajcie Carlo Carlettiego z Włoch, najlepszego ślubnego fotografa świata w roku 2009! Ten zaszczytny tytuł został mu nadany przez Wedding Photojournalist Association (WPJA), organizację zrzeszająca fotografów ślubnych z całego świata.

Carletti swoją karierę rozpoczął w 1987 roku od współpracy z toskańskimi gazetami i magazynami. Od tego czasu sfotografował niezliczoną ilość ślubów i opublikował cztery książki na temat fotografii. W 2006 roku poraz pierwszy otrzymał tytuł Fotografa Roku.  Fotografuje śluby w całych Włoszech, ale jego ukochanym miejscem jest Wenecja (trudno się dziwić). Jego ulubieni klienci, to tacy, którzy zapominają o aparacie i cieszą się chwilą (to ja :-) ).

Jego prace zobaczyć można w Siennie na wystawie w Galleria Istantanea, którą założył wraz z przyjaciółmi fotografami. „Chcemy pokazać, że fotografia ślubna także może być sztuką” – mówi.  Ja pod tym zdaniem podpisuję się obiema rękoma! A Wy?

Dla potwierdzenia poniżej kilka z jego najlepszych ślubnych fotografii. Jak Wam się podobają?

PS. Na szóstym miejscu w konkursie WPJA znalazł się Polak: Bartosz Jastal. Serdeczne gratulacje!

PS 2. Jeżeli zastanawiacie się, jak znaleźć dobrego fotografa na swój ślub, zajrzyjcie do artykułu „Fotograf na ślub: te pytania trzeba zadać”.

Rozdział 3

Panna P. w górachPanna P. w górach

Panna P. dokonuje makabrycznego odkrycia, a Pan M. wisi na telefonie

Spojrzałam w lustro. Raz. Drugi. Trzeci. Nie dało się ukryć tego faktu. Była tam. Ogromna zmarszczka biegnąca przez sam środek czoła! Moja pierwsza zmarszczka! I to akurat w dniu moich urodzin (dlaczego mi się to zawsze przytrafia?). Cholera! Dwa dni temu odniosłam z powrotem do sklepu omyłkowo kupiony krem przeciwzmarszczkowy uznając, że jestem na to jeszcze zbyt młoda…

O matko! Więc przepadło! Nie wyjdę za mąż zanim pojawi się pierwsza zmarszczka…

Chwyciłam za telefon, aby tą „radosną” nowiną pochwalić się mojej kochanej rodzicielce, która, gdy tylko skończyłam piąty rok życia i zakochałam się w mojej pierwszej sukni ślubnej (z ogromnymi bufami) zawyrokowała, że zostanę starą panną.- To fantastycznie córeczko. Dzwonię od razu do kosmetyczki, żeby zapisać nas na botoks. Sama się bałam, we dwie będzie raźniej – usłyszałam przez telefon, gdy tylko wylałam swoje żale. Nikt nie potrafi cię pocieszyć tak jak własna matka… I nikt tak jak ona nie wie, czego akurat potrzebujesz: dostałam w prezencie urodzinowym stosowny krem przeciwzmarszczkowy opatrzony komentarzem: – Kupiłam ci na urodziny sweterek, ale taki mi się spodobał, że zostawiłam sobie.

A myślałam, że już gorzej być nie może… Otóż mogło.

Niezależnie od porannego kataklizmu  musiałam dotrzeć do pracy, a potem z niej wrócić.Na stacji metra spotkałam Magdę. Wieki całe się nie widziałyśmy, choć okna naszych mieszkań są dokładnie naprzeciwko siebie.

- Wychodzę za mąż – poinformowała mnie od razu na wstępie. A przecież nigdy nie miała szczęścia do mężczyzn, choć zwykła powtarzać, że „nie ma takiego wagonika, którego nie dałoby się odczepić”.

- Jak ci się oświadczył? – zapytałam przez grzeczność, chociaż poziom mojego zadowolenia z tego dnia zbliżał się właśnie do poziomu krytycznego (Czekolady! Czy ktoś ma czekoladę?!). Zamiast mnie zbyć, Magda z wielką ochotą musiała opowiedzieć. Pojechali w Tatry. On też, tak, jak ona jest zapalonym taternikiem. Nie, nie wspinali się na najwyższe szczyty. Poszli wieczorem do schroniska na Hali Ornak, mieli tam nocować, aby rano wyruszyć w wyższe partie Tatr. Pod schroniskiem czekał… osiodłany koń. Dla niej i dla niego. Skąd Marek wziął konia, zdradzić nie chciał. Na jego grzbiecie zawiózł Magdę nad bajecznie piękny Smreczyński Staw. I tam się oświadczył… Po tej historii poziom mojego zadowolenia z tego dnia osiągnął właśnie poziom krytyczny. To przecież były moje wymarzone zaręczyny!

W drodze powrotnej do domu postanowiłam gruntownie przemyśleć kwestię mojego ewentualnego staropanieństwa biorąc pod uwagę fakt, że pierwszą zmarszczkę mam już za sobą…  Pan M. się nie oświadczał… , to był fakt niezaprzeczalny. Przygotowania do ślubu zajmują ponoć cały rok… (do zweryfikowania).  Za rok o tej porze na pewno będę miała całą twarz pooraną zmarszczkami, obwisły biust (i nawet najlepszy gorset w sukni ślubnej temu nie zaradzi), wypadną mi włosy, a idąc do ołtarza na pewno złapię zadyszkę… Mając przed sobą tą makabryczną perspektywę postanowiłam zmusić Pana M. do małżeństwa…

W tym samym czasie…

Pan M. po raz kolejny odkładał słuchawkę telefonu. Dlaczego znalezienie drewnianego domku, z małym przytulnym pokoikiem w Zakopanem na dwa dni przed wyjazdem był tak cholernie trudnym zadaniem? Owszem mógł zarezerwować ten sam pokój w kształcie trumny, w tym samym domku co zawsze, ale nie sprzyjał on romantycznym chwilom. Tymczasem tegoroczna próba zdobycia Rysów (już trzecia z rzędu) miała być absolutnie romantycznym wyjazdem…

===========================================================

Dobre rady Panny P.:

Czekolada naprawdę potrafi poprawić humor. Pierwsza zmarszczka to jeszcze nie koniec świata (zawsze może być gorzej), w Zakopanym w samym środku sezonu naprawdę trudno znaleźć atrakcyjną, wolną kwaterę, a poza tym czasami warto zaufać swojemu facetowi…  On naprawdę wie, o czym marzycie (w niektórych przypadkach oczywiście nie zaszkodzą drobne sugestie – patrz Rozdział 2).

============================================================

TOP 10: Oryginalne zaproszenia ślubne

Słowem wstępu: niniejszym zestawieniem uroczyście otwieram zestawienie „TOP 10″, czyli mój subiektywny wybór dziesięciu najciekawszych, najoryginalniejszych, naj – rzeczy niezbędnych na ślub.  W nadziei, że Was zainspiruję do własnych poszukiwań.

*

Ile ja się namęczyłam nad naszym zaproszeniem ślubnym… Oczywiście wymyśliłam sobie, że koniecznie musi być oryginalne i że zaprojektuję je sama (ale o tych perypetiach niebawem przeczytacie w moich fabularyzowanych przygodach ślubnych w kategorii „Panna P. wychodzi za mąż”).

W zasadzie przypadkiem okazało się, że zaproszenie pasować będzie idealnie do całej koncepcji naszego wesela, która narodziła się niezależnie od zaproszenia, a która niestety została przez nie niejako zdeterminowana. Trochę czasu bowiem zajęło mi uświadomienie sobie, że w zasadzie zaproszenie to pierwsze co zobaczą nasi goście, więc dobrze żeby było wprowadzeniem do naszej imprezy.

Dlatego proponuję: nie odkładajcie decyzji o wyborze zaproszenia ślubnego na ostatnią chwilę, tak samo jak wyboru koncepcji Waszego ślubu i wesela. Te dwie rzeczy po prostu muszą być ze sobą powiązane. Nie ma innej rady.

Tymczasem ja, osobiście, wybrałam dla Was moje TOP 10, jeżeli chodzi o najoryginalniejsze zaproszenia ślubne. Zakochałam się absolutnie we wszystkich tych pomysłach, więc nawet nie wiecie jak się cieszę, że tą decyzję mam już za sobą :-) . Wam zaś życzę powodzenia!

Jeżeli macie własne, prywatne TOP 10 najciekawszych zaproszeń ślubnych, albo Wasze zaproszenie było jedyne, wyjątkowe i niepowtarzalne, ślijcie je proszę do mnie:  [email protected]. Z przyjemnością je opublikuję!

Serialowe Panny Młode

Usta usta
Oglądałam wczoraj serial „Usta Usta” (przyznaje się bez bicia, że uwielbiam od czasu do czasu tvn-owskie seriale, w których wszyscy są piękni, młodzi, bogaci… i zaskakująco często biorą śluby).

Para głównych bohaterów brała ślub (ale ja lubię takie seriale ;-) ). Ekipa znalazła przepiękne miejsce na Pałac Ślubów: zabytkowy pałacyk. Pogratulować pomysłu, szkoda tylko, że w rzeczywistości nie wiele jest tak uroczych miejsc idealnych na ślub cywilny :-( Szkoda też, że nie zawsze mamy tak piękną zimę, jak bohaterowie serialu, bo to wymarzona sceneria na ślub.

Jedyne, co mnie naprawdę rozczarowało to suknia ślubna, którą nosiła Magdalena Różdżka. Fatalnie dobrane buty nie poprawiły wizerunku całości. A szkoda, bo można było udowodnić, że do ślubu cywilnego też można iść w bieli i że ślubna suknia wcale nie musi być długa.

A propos: te z Was, które cały czas zastanawiają się, w co się ubrać do ślubu cywilnego odsyłam do galerii pomysłów na sukienki i… spodnie do ślubu cywilnego.

Moje rozczarowanie skłoniło mnie do przyjrzenia się innym serialowym pannom młodym w polskich produkcjach. Poniżej rezultaty moich poszukiwań. Uczucia mam mieszane, dlatego oddaję głos Wam. Głosujcie, proszę, na Najpiękniejszą serialową Pannę Młodą!

Ja swój głos oddaję na Katarzynę Maciąg w „Teraz albo nigdy”. Nie trudno się domyślić dlaczego ;-) Po pierwsze: dlatego, że miała fantastyczny kapelusik ze wstążką w kolorze naszego Ślubclickowego kwiatka (zobaczcie przy okazji pomysły na woalki ślubne). Po drugie: dlatego, że miała powalającą krótką suknię ślubną z moimi ukochanymi falbanami (jakby się mocno uprzeć mogła nawet przypominać moją własną suknię slubną ;-) ).

Zapraszam do głosowania!

Czarno-białe suknie ślubne

Suknia ślubna Dolce&Gabbana, woalka i czarne buty

Czy to jeszcze suknia ślubna? – zapytacie patrząc na powyższe zdjęcie (na marginesie to pomysł włoskiego duetu Dolce&Gabbana). Ależ tak! Kto powiedział, że suknia ślubna musi być śnieżnobiała? W ostatnim sezonie szalenie trendy stały się czarne elementy do sukni ślubnych. I nadal nie wychodzą z mody!

Pamiętajcie jednak: modne są subtelne dodatki, a nie czarne suknie ślubne, które lansują niektóre polskie salony sukni ślubnych, a które są po prostu paskudne. Subtelne dodatki to: paski, efektowne hafty czy delikatny tiul na wierzchu sukni. Całość ma być lekka i zwiewna, a nie przytłaczająca ciężką czernią.

Czarne mogą być też dodatki: buty ślubne czy ślubne bukiety (czarny welon zarezerwowany jest wciąż dla uroczystości pogrzebowych). Pomysły można by mnożyć bez liku. Zasada jest tylko jedna: nie przesadzamy!

Jak Wam się podobają takie ślubne stylizacje? Ja nie ukrywam, że jestem nimi zachwycona, choć wymagają dużej odwagi. Ale przecież tego dnia świat należy do nas, drogie Młode Panny!

Candy bar, czyli słodkości na weselu

Weselny candy bar

Nie będę ukrywać: nie darzę amerykańskiego stylu życia szczególną sympatią, ale… Jest jedna rzecz, która mnie absolutnie zachwyca:  weselny candy bar. Czyżby to dlatego, że wciąż uwielbiam lizaki, cukierki, czekoladki i wszelkie inne słodycze? ;-)

W każdym bądź razie amerykański candy bar może być świetną alternatywą dla naszych tradycyjnych weselnych ciast, zwłaszcza jeżeli dodamy do niego kolorowe babeczki. Z czego składa się taki cukierkowy barek? Ano ze słodyczy wszelkiej maści: orzechów w czekoladzie, weselnych migdałów w lukrze, lentilek, lizaków, ciasteczek i wszystkiego, co jest kolorowe i słodkie.

Jeżeli już zdecydujecie się na taki candy bar zadbajcie o to, aby był utrzymany w klimacie Waszego wesela. Z pewnością zrobi wrażenie na tych małych i tych dużych dzieciach. Przecież wszyscy uwielbiają słodycze! Na te pyszności warto przygotować osobny stolik np. przy wejściu do weselnej sali.  Możecie go przygotować we własnym zakresie w ramach dekorowania sali weselnej albo podsunąć taki pomysł właścicielom restauracji, w której będziecie mieli wesele.  Może skorzystają z niego na dłużej uszczęśliwiając inne młode pary?

[źródło fotografii: Razvan photography, brendasweddingblog.com, lovelybride.com]

Kolorowe buty ślubne

Niebieskie buty do ślubu

Potwornie żałuję, że nie zdecydowałam się na czerwone buty do ślubu… Chodziły za mną pół roku i ostatecznie stchórzyłam. Kupiłam śmietankowo białe (głównie dlatego, że miałam fatalny humor, lał deszcz, a ja nie miałam ochoty wracać do tego sklepu na końcu świata drugi raz, bo czerwonych akurat nie było. Ale to inna historia, o której przeczytacie niebawem w kategorii „Panna P. wychodzi za mąż”. Zapraszam!).

W każdym bądź razie z całego serca polecam kolorowe buty ślubne! Granatowe, różowe, a nawet czarne (tak, tak: czarne dodatki ślubne są teraz w modzie). Zresztą zobaczcie same na zdjęciach poniżej! Która z Was ma odwagę, żeby założyć kolorowe buty do ślubu?

[źródło zdjęć:  brendasweddingblog.com]

Rustykalne wesele

Wesele rustykalne

Gdy tylko zobaczyłam to zdjęcie w sieci, zakochałam się w pomyśle na rustykalne wesele. To zdecydowanie moje klimaty! I wcale nie tak trudne do uzyskania!

Wystarczy stylowa suknia ślubna z koronki i welon w stylu vintage (zobacz galerię „Welony w stylu retro”) abyś wyglądała jak z fotografii prababci. Tradycyjne papierowe menu zastąpicie czarną tablicą z potrawami wypisanymi białą kredą. Postawcie ją przed wejściem do sali. Do dekoracji sali użyjcie sizalowego sznurka, papierowych lampionów i stonowanych w kolorach kwiatów. Będzie nie tylko rustykalnie ale i ekologicznie!

Więcej pomysłów w galerii poniżej. Jestem ciekawa, jak Wy zapatrujecie się na takie wesele…

Rozdział 2

Pierścionek zaręczynowy

Pan M. kupuje pierścionek zaręczynowy, a Panna P. niczego się nie domyśla

Gdy tylko zamknęłam za sobą drzwi do łazienki, Pan M. rzucił się w kierunku szkatułki z biżuterią. W porę się jednak zreflektował, przypominając sobie, że rzadko kiedy udawało mi się rozpocząć wieczorną kąpiel bez kilkakrotnego wybiegania z łazienki w coraz to skąpszym odzieniu. Bynajmniej nie po to, aby zachwycać, kokietować, czy prezentować swoje wdzięki w całej okazałości Panu M. i połowie osiedla, która z powodzeniem mogła nas podglądać przez niezasłonięte okna (kto te bloki postawił tak blisko siebie?!), ale po to, aby nerwowo poszukiwać w całym moim bałaganie: kremów, balsamów, maszynek do golenia i wszystkiego, co mogło mi się przydać w łazience, a co, bóg jeden wie po co, wynosiłam z niej co rano.

A więc, Pan M. jak gdyby nigdy nic siedział teraz na kanapie i jaka każdy normalny mężczyzna bezmyślnie przerzucał kanały w telewizji, podczas kiedy ja odrabiałam mój cowieczorny rytuał. – Ale ty się kręcisz, kobieto – zawyrokował krótko i gdy tylko usłyszał szum odkręcanej pod prysznicem wody, rzucił się ponownie w stronę szkatułki.

Ilość znajdujących się tam pierścionków wprawiła go w osłupienie. Powód był prosty: nigdy wcześniej ich na moim palcu nie widział (nie żeby też się jakoś specjalnie przyglądał, ale taka ilość musiałaby zwrócić na siebie uwagę).  Nic dziwnego: już dawno znudziło się mi je nosić i na dobre zapomniałam o ich istnieniu (choć niektóre to były prawdziwe cudeńka, z czego zdałam sobie sprawę dużo później). Ale nie był to powód jedyny. Na pierwszy rzut oka widać było, że mają różną średnicę. Co w takiej sytuacji robi każdy facet, który stoi z budowlaną miarką w ręce i chce doświadczalnie zmierzyć jaki jest rozmiar pierścionka jego ukochanej? Rzecz jasna wyciąga średnią. Tak bez wahania zrobił Pan M.  Pan M. więc mierzył, dodawał, dzielił, aż w końcu otrzymał satysfakcjonujący wynik, który wskazywał na to, że rozmiar mojego pierścionka to 16 (gdyby wówczas wiedział, jak grubo się mylił…).

Z tym wynikiem w sobotę z samego rana pojechał z bratem naprawiać samochód. W każdym bądź razie ja o byłam o tym święcie przekonana. Nie, nie zamierzałam im towarzyszyć. Od połowy tygodnia Mateusz usilnie naciskał, żebym koniecznie w sobotę rano i absolutnie nie o żadnej innej porze, a już broń boże, innego dnia, pomogła mu poprawić służbową prezentację (pracoholik jeden!). – Bo ty masz taki zmysł artystyczny – argumentował wybór akurat mojej skromnej osoby do tego zadania, chociaż podobno w całej swojej korporacji uchodził za specjalistę od prezentacji…

Nie o prezentację jednak chodziło, ale o to, aby przypadkiem nie wpadło mi do głowy odwiedzanie Pana M. w wyimaginowanym warsztacie samochodowym, do którego się udawał. Skąd ja, naiwna jedna, miałam wówczas wiedzieć, że udawał się do niego na niby?

- Masz jakieś drobne? Znaczy żółte monety… – przywitał mnie od progu Mateusz. – A po co ci?
- Zbieram na twoją podróż poślubną. To znaczy przedślubną. Tą dookoła świata – gorączkowo usiłował się poprawić.
- Nie oddam Ci, bo zbieram na rzucanie na ślubach – odparłam.
- Nie bój się, w najbliższym czasie ci się nie przydadzą, a potem będziesz mogła nimi obdarować pół świata – i znowu musiał się ugryźć w język.

W tym samym czasie zupa w garnku zaczęła kipieć, nie miałam więc czasu skupiać się na jego słowach (tak, od dłuższego już czasu gotowaniem zup usiłowałam udowodnić, że doskonały ze mnie materiał na żonę). Odpuściłam więc dociekanie w kwestii ślubów obcych i mojego ewentualnego, może przyszłego.

W tym samym czasie…

mój przyszły ewentualny małżonek, czyli Pan M. z koleżanką Dianą odwiedzali kolejny już salon jubilerski. Pan M. sprytnie sobie wymyślił, że po zakup pierścionka zaręczynowego zabierze moją przyjaciółkę, która może wiedzieć lepiej od niego jaka biżuteria na palcu mi się marzy. Problem był tylko taki, że Diana nie wiedziała. Za to Pan M. doskonale. Kiedyś, przez przypadek, wymknęło mi się, że oglądałam w Internecie takie prześliczne pierścionki z tanzanitem. Pan M. zapamiętał to sobie do końca życia. I usilnie usiłował taki znaleźć.

Diana i Pan M. wychodzili więc z kolejnego salonu mocno rozczarowani. Ten za drogi, ten za mały, ten ma za dużo diamentów, a ten z cyrkoniami, które za nic nie chciały przypominać tanzanitów. Na niepozorny pierścionek z diamencikiem i szafirami układającymi się w delikatny kwiatek, który leżał wciśnięty w kąt gabloty, spojrzeli jednocześnie. I od razu obydwoje wiedzieli, że to ten. Co prawda nie miał w sobie tanzanitu, ale szafir też był niebieski, kto więc się zorientuje… .

============================================================
Dobre rady Panny P.

Drogie Panie!
Mężczyźni wbrew pozorom nie są wcale tacy mało domyślni, jak mogłoby się wydawać. Jeżeli macie więc już swój wymarzony i upatrzony pierścionek zaręczynowy, napomykajcie o nim od niechcenia podczas rozmów na zupełnie inny temat. Zostawcie, przypadkiem rzecz jasna, na wierzchu katalog od jubilera otwarty na właściwej stronie, albo po prostu usilnie wpatrujcie się w jeden punkt jubilerskiej wystawy. Nie ma siły, aby się nie zorientował.

Drodzy Panowie!
Nie lekceważcie tych wszystkich sygnałów. My naprawdę chcemy taki pierścionek o jakim od niechcenia opowiadamy. I pamiętajcie: nie wszystkie pierścionki z naszej szkatułki muszą pasować akurat na nasz serdeczny palec…

Poznaj więcej porad na temat tego, jak wybrać pierścionek zaręczynowy!
=============================================================

Jeżeli Wam przytrafiły się, jakieś przygody podczas wybierania pierścionka zaręczynowego, piszcie do mnie koniecznie: [email protected] Obiecuję opublikować: ku radości i przestrodze.

Poniżej galeria pierścionków zaręczynowych z tanzanitem. Jestem ciekawa, co Wy na to… Który podoba się Wam najbardziej? Jest wśród nich Wasz wymarzony pierścionek zaręczynowy, drogie Panie? Jeżeli nie, zajrzycie do galerii „Najpiękniejsze wzory pierścionków zaręczynowych”


Switch to our mobile site