Serialowe Panny Młode

Usta usta
Oglądałam wczoraj serial „Usta Usta” (przyznaje się bez bicia, że uwielbiam od czasu do czasu tvn-owskie seriale, w których wszyscy są piękni, młodzi, bogaci… i zaskakująco często biorą śluby).

Para głównych bohaterów brała ślub (ale ja lubię takie seriale ;-) ). Ekipa znalazła przepiękne miejsce na Pałac Ślubów: zabytkowy pałacyk. Pogratulować pomysłu, szkoda tylko, że w rzeczywistości nie wiele jest tak uroczych miejsc idealnych na ślub cywilny :-( Szkoda też, że nie zawsze mamy tak piękną zimę, jak bohaterowie serialu, bo to wymarzona sceneria na ślub.

Jedyne, co mnie naprawdę rozczarowało to suknia ślubna, którą nosiła Magdalena Różdżka. Fatalnie dobrane buty nie poprawiły wizerunku całości. A szkoda, bo można było udowodnić, że do ślubu cywilnego też można iść w bieli i że ślubna suknia wcale nie musi być długa.

A propos: te z Was, które cały czas zastanawiają się, w co się ubrać do ślubu cywilnego odsyłam do galerii pomysłów na sukienki i… spodnie do ślubu cywilnego.

Moje rozczarowanie skłoniło mnie do przyjrzenia się innym serialowym pannom młodym w polskich produkcjach. Poniżej rezultaty moich poszukiwań. Uczucia mam mieszane, dlatego oddaję głos Wam. Głosujcie, proszę, na Najpiękniejszą serialową Pannę Młodą!

Ja swój głos oddaję na Katarzynę Maciąg w „Teraz albo nigdy”. Nie trudno się domyślić dlaczego ;-) Po pierwsze: dlatego, że miała fantastyczny kapelusik ze wstążką w kolorze naszego Ślubclickowego kwiatka (zobaczcie przy okazji pomysły na woalki ślubne). Po drugie: dlatego, że miała powalającą krótką suknię ślubną z moimi ukochanymi falbanami (jakby się mocno uprzeć mogła nawet przypominać moją własną suknię slubną ;-) ).

Zapraszam do głosowania!

Czarno-białe suknie ślubne

Suknia ślubna Dolce&Gabbana, woalka i czarne buty

Czy to jeszcze suknia ślubna? – zapytacie patrząc na powyższe zdjęcie (na marginesie to pomysł włoskiego duetu Dolce&Gabbana). Ależ tak! Kto powiedział, że suknia ślubna musi być śnieżnobiała? W ostatnim sezonie szalenie trendy stały się czarne elementy do sukni ślubnych. I nadal nie wychodzą z mody!

Pamiętajcie jednak: modne są subtelne dodatki, a nie czarne suknie ślubne, które lansują niektóre polskie salony sukni ślubnych, a które są po prostu paskudne. Subtelne dodatki to: paski, efektowne hafty czy delikatny tiul na wierzchu sukni. Całość ma być lekka i zwiewna, a nie przytłaczająca ciężką czernią.

Czarne mogą być też dodatki: buty ślubne czy ślubne bukiety (czarny welon zarezerwowany jest wciąż dla uroczystości pogrzebowych). Pomysły można by mnożyć bez liku. Zasada jest tylko jedna: nie przesadzamy!

Jak Wam się podobają takie ślubne stylizacje? Ja nie ukrywam, że jestem nimi zachwycona, choć wymagają dużej odwagi. Ale przecież tego dnia świat należy do nas, drogie Młode Panny!

Candy bar, czyli słodkości na weselu

Weselny candy bar

Nie będę ukrywać: nie darzę amerykańskiego stylu życia szczególną sympatią, ale… Jest jedna rzecz, która mnie absolutnie zachwyca:  weselny candy bar. Czyżby to dlatego, że wciąż uwielbiam lizaki, cukierki, czekoladki i wszelkie inne słodycze? ;-)

W każdym bądź razie amerykański candy bar może być świetną alternatywą dla naszych tradycyjnych weselnych ciast, zwłaszcza jeżeli dodamy do niego kolorowe babeczki. Z czego składa się taki cukierkowy barek? Ano ze słodyczy wszelkiej maści: orzechów w czekoladzie, weselnych migdałów w lukrze, lentilek, lizaków, ciasteczek i wszystkiego, co jest kolorowe i słodkie.

Jeżeli już zdecydujecie się na taki candy bar zadbajcie o to, aby był utrzymany w klimacie Waszego wesela. Z pewnością zrobi wrażenie na tych małych i tych dużych dzieciach. Przecież wszyscy uwielbiają słodycze! Na te pyszności warto przygotować osobny stolik np. przy wejściu do weselnej sali.  Możecie go przygotować we własnym zakresie w ramach dekorowania sali weselnej albo podsunąć taki pomysł właścicielom restauracji, w której będziecie mieli wesele.  Może skorzystają z niego na dłużej uszczęśliwiając inne młode pary?

[źródło fotografii: Razvan photography, brendasweddingblog.com, lovelybride.com]

Kolorowe buty ślubne

Niebieskie buty do ślubu

Potwornie żałuję, że nie zdecydowałam się na czerwone buty do ślubu… Chodziły za mną pół roku i ostatecznie stchórzyłam. Kupiłam śmietankowo białe (głównie dlatego, że miałam fatalny humor, lał deszcz, a ja nie miałam ochoty wracać do tego sklepu na końcu świata drugi raz, bo czerwonych akurat nie było. Ale to inna historia, o której przeczytacie niebawem w kategorii „Panna P. wychodzi za mąż”. Zapraszam!).

W każdym bądź razie z całego serca polecam kolorowe buty ślubne! Granatowe, różowe, a nawet czarne (tak, tak: czarne dodatki ślubne są teraz w modzie). Zresztą zobaczcie same na zdjęciach poniżej! Która z Was ma odwagę, żeby założyć kolorowe buty do ślubu?

[źródło zdjęć:  brendasweddingblog.com]

Rustykalne wesele

Wesele rustykalne

Gdy tylko zobaczyłam to zdjęcie w sieci, zakochałam się w pomyśle na rustykalne wesele. To zdecydowanie moje klimaty! I wcale nie tak trudne do uzyskania!

Wystarczy stylowa suknia ślubna z koronki i welon w stylu vintage (zobacz galerię „Welony w stylu retro”) abyś wyglądała jak z fotografii prababci. Tradycyjne papierowe menu zastąpicie czarną tablicą z potrawami wypisanymi białą kredą. Postawcie ją przed wejściem do sali. Do dekoracji sali użyjcie sizalowego sznurka, papierowych lampionów i stonowanych w kolorach kwiatów. Będzie nie tylko rustykalnie ale i ekologicznie!

Więcej pomysłów w galerii poniżej. Jestem ciekawa, jak Wy zapatrujecie się na takie wesele…

Rozdział 2

Pierścionek zaręczynowy

Pan M. kupuje pierścionek zaręczynowy, a Panna P. niczego się nie domyśla

Gdy tylko zamknęłam za sobą drzwi do łazienki, Pan M. rzucił się w kierunku szkatułki z biżuterią. W porę się jednak zreflektował, przypominając sobie, że rzadko kiedy udawało mi się rozpocząć wieczorną kąpiel bez kilkakrotnego wybiegania z łazienki w coraz to skąpszym odzieniu. Bynajmniej nie po to, aby zachwycać, kokietować, czy prezentować swoje wdzięki w całej okazałości Panu M. i połowie osiedla, która z powodzeniem mogła nas podglądać przez niezasłonięte okna (kto te bloki postawił tak blisko siebie?!), ale po to, aby nerwowo poszukiwać w całym moim bałaganie: kremów, balsamów, maszynek do golenia i wszystkiego, co mogło mi się przydać w łazience, a co, bóg jeden wie po co, wynosiłam z niej co rano.

A więc, Pan M. jak gdyby nigdy nic siedział teraz na kanapie i jaka każdy normalny mężczyzna bezmyślnie przerzucał kanały w telewizji, podczas kiedy ja odrabiałam mój cowieczorny rytuał. – Ale ty się kręcisz, kobieto – zawyrokował krótko i gdy tylko usłyszał szum odkręcanej pod prysznicem wody, rzucił się ponownie w stronę szkatułki.

Ilość znajdujących się tam pierścionków wprawiła go w osłupienie. Powód był prosty: nigdy wcześniej ich na moim palcu nie widział (nie żeby też się jakoś specjalnie przyglądał, ale taka ilość musiałaby zwrócić na siebie uwagę).  Nic dziwnego: już dawno znudziło się mi je nosić i na dobre zapomniałam o ich istnieniu (choć niektóre to były prawdziwe cudeńka, z czego zdałam sobie sprawę dużo później). Ale nie był to powód jedyny. Na pierwszy rzut oka widać było, że mają różną średnicę. Co w takiej sytuacji robi każdy facet, który stoi z budowlaną miarką w ręce i chce doświadczalnie zmierzyć jaki jest rozmiar pierścionka jego ukochanej? Rzecz jasna wyciąga średnią. Tak bez wahania zrobił Pan M.  Pan M. więc mierzył, dodawał, dzielił, aż w końcu otrzymał satysfakcjonujący wynik, który wskazywał na to, że rozmiar mojego pierścionka to 16 (gdyby wówczas wiedział, jak grubo się mylił…).

Z tym wynikiem w sobotę z samego rana pojechał z bratem naprawiać samochód. W każdym bądź razie ja o byłam o tym święcie przekonana. Nie, nie zamierzałam im towarzyszyć. Od połowy tygodnia Mateusz usilnie naciskał, żebym koniecznie w sobotę rano i absolutnie nie o żadnej innej porze, a już broń boże, innego dnia, pomogła mu poprawić służbową prezentację (pracoholik jeden!). – Bo ty masz taki zmysł artystyczny – argumentował wybór akurat mojej skromnej osoby do tego zadania, chociaż podobno w całej swojej korporacji uchodził za specjalistę od prezentacji…

Nie o prezentację jednak chodziło, ale o to, aby przypadkiem nie wpadło mi do głowy odwiedzanie Pana M. w wyimaginowanym warsztacie samochodowym, do którego się udawał. Skąd ja, naiwna jedna, miałam wówczas wiedzieć, że udawał się do niego na niby?

- Masz jakieś drobne? Znaczy żółte monety… – przywitał mnie od progu Mateusz. – A po co ci?
- Zbieram na twoją podróż poślubną. To znaczy przedślubną. Tą dookoła świata – gorączkowo usiłował się poprawić.
- Nie oddam Ci, bo zbieram na rzucanie na ślubach – odparłam.
- Nie bój się, w najbliższym czasie ci się nie przydadzą, a potem będziesz mogła nimi obdarować pół świata – i znowu musiał się ugryźć w język.

W tym samym czasie zupa w garnku zaczęła kipieć, nie miałam więc czasu skupiać się na jego słowach (tak, od dłuższego już czasu gotowaniem zup usiłowałam udowodnić, że doskonały ze mnie materiał na żonę). Odpuściłam więc dociekanie w kwestii ślubów obcych i mojego ewentualnego, może przyszłego.

W tym samym czasie…

mój przyszły ewentualny małżonek, czyli Pan M. z koleżanką Dianą odwiedzali kolejny już salon jubilerski. Pan M. sprytnie sobie wymyślił, że po zakup pierścionka zaręczynowego zabierze moją przyjaciółkę, która może wiedzieć lepiej od niego jaka biżuteria na palcu mi się marzy. Problem był tylko taki, że Diana nie wiedziała. Za to Pan M. doskonale. Kiedyś, przez przypadek, wymknęło mi się, że oglądałam w Internecie takie prześliczne pierścionki z tanzanitem. Pan M. zapamiętał to sobie do końca życia. I usilnie usiłował taki znaleźć.

Diana i Pan M. wychodzili więc z kolejnego salonu mocno rozczarowani. Ten za drogi, ten za mały, ten ma za dużo diamentów, a ten z cyrkoniami, które za nic nie chciały przypominać tanzanitów. Na niepozorny pierścionek z diamencikiem i szafirami układającymi się w delikatny kwiatek, który leżał wciśnięty w kąt gabloty, spojrzeli jednocześnie. I od razu obydwoje wiedzieli, że to ten. Co prawda nie miał w sobie tanzanitu, ale szafir też był niebieski, kto więc się zorientuje… .

============================================================
Dobre rady Panny P.

Drogie Panie!
Mężczyźni wbrew pozorom nie są wcale tacy mało domyślni, jak mogłoby się wydawać. Jeżeli macie więc już swój wymarzony i upatrzony pierścionek zaręczynowy, napomykajcie o nim od niechcenia podczas rozmów na zupełnie inny temat. Zostawcie, przypadkiem rzecz jasna, na wierzchu katalog od jubilera otwarty na właściwej stronie, albo po prostu usilnie wpatrujcie się w jeden punkt jubilerskiej wystawy. Nie ma siły, aby się nie zorientował.

Drodzy Panowie!
Nie lekceważcie tych wszystkich sygnałów. My naprawdę chcemy taki pierścionek o jakim od niechcenia opowiadamy. I pamiętajcie: nie wszystkie pierścionki z naszej szkatułki muszą pasować akurat na nasz serdeczny palec…

Poznaj więcej porad na temat tego, jak wybrać pierścionek zaręczynowy!
=============================================================

Jeżeli Wam przytrafiły się, jakieś przygody podczas wybierania pierścionka zaręczynowego, piszcie do mnie koniecznie: [email protected] Obiecuję opublikować: ku radości i przestrodze.

Poniżej galeria pierścionków zaręczynowych z tanzanitem. Jestem ciekawa, co Wy na to… Który podoba się Wam najbardziej? Jest wśród nich Wasz wymarzony pierścionek zaręczynowy, drogie Panie? Jeżeli nie, zajrzycie do galerii „Najpiękniejsze wzory pierścionków zaręczynowych”


Rozdział 1


Pan M. podejmuje decyzję, a Panna P. jedzie w podróż dookoła świata help me write an essay

Diana siedziała na Barbakanie rytmicznie uderzając obcasami w ceglasty mur. Czekała na TEN moment, aby zadać sakramentalne pytanie. Czekała na charakterystyczny syk odkapslowanej butelki z piwem. Pan M. miał wyjątkowy talent. Potrafił otworzyć piwo w każdych warunkach i przy użyciu dowolnego narzędzia, chociaż preferował do tego celu własny telefon komórkowy (dbał o to, aby wybierać modele odporne na mechaniczne zniszczenia). – Pan M. jest moim konkubentem – mawiałam z dumą w takich sytuacjach – Od dobrych sześciu lat.

- Kiedy się żenisz? – zapytała Diana, gdy tylko kapsel uderzył w bruk. To samo pytanie Diana zadawała za każdym razem, gdy spotykali się z Panem M. na piwie i ploteczkach.   Nie liczyła na odpowiedź, wiedziała bowiem, że Pan M. musi najpierw zarobić na zaręczynowy pierścionek (tak w każdym bądź razie twierdził za każdym razem).

Tym razem okazja była wyjątkowa, może więc i odpowiedź będzie wyjątkowa. A przynajmniej zabawna. Pan M. wszak nazywany bywał „Mistrzem ciętej riposty”. Za pół godziny sakramentalne „tak” w pobliskim Urzędzie Stanu Cywilnego mieli sobie niespodziewanie powiedzieć nasi przyjaciele. Niespodziewane, bo ślub planowali dopiero za rok. Nie, Kalina nie była w ciąży. To znaczy w zasadzie była, od trzech tygodni, ale ciąża wciąż była tajemnicą. Powodem był kredyt mieszkaniowy. Planowali, że gdy tylko dostaną do ręki upragniony papier, pobiegną podpisywać umowę na swoje upragnione mieszkanie  w programie „Rodzina na swoim” (zaledwie 33 m2 w starej kamienicy).

Tak więc Diana i Pan M. czekali na tą podniosłą uroczystość pijąc piwo na murze Barbakanu. I w takich właśnie okolicznościach Diana zapytała:

- Kiedy się żenisz?

- Kiedy się oświadczę – odpowiedział Pan M.
- Kiedy się oświadczysz?
- Kiedy kupię pierścionek zaręczynowy.
- A kiedy kupisz pierścionek zaręczynowy?
- Jak na niego uzbieram.
- A kiedy w końcu na niego uzbierasz?
- Gdy oddamy te dwie butelki do sklepu. Brakuje mi ostatnich pięćdziesięciu groszy.
Zapadła głucha cisza.

W tym samym czasie…

ja (czyli Panna P.) próbowałam uwolnić swoją szpilkę (w znaczeniu „obcas”) z metalowej kratki w metrze gubiąc flek, pokonywałam schody po dwa poszerzając metodą rozdarcia i tak już niemały rozporek w mojej wizytowej sukience (cholera! musiałam założyć pończochy? przy każdym kroku ich gumka w całej okazałości prezentowała się światu), a wszystko to po to, aby dogonić Mateusza, którego sylwetka mignęła mi na horyzoncie. Mateusz, świeżo nabyty mąż Diany, a przy okazji mój przyjaciel, najwyraźniej spieszył się na ten sam ślub co ja.

- A wy w końcu kiedy planujecie? – zapytał, gdy tylko udało mi się go dogonić, mając na myśli bez wątpienia nasz z Panem M. ślub. Od dwóch lat, czyli od czasu, gdy bawiliśmy się na weselu naszego wspólnego przyjaciela (którego nigdy nie planowaliśmy żenić), wszyscy pytają nas o to samo.
- Kiedy wrócimy z podróży dookoła świata – odpowiedziałam całkiem rozsądnie.
- A kiedy wrócicie?
- Rok po tym, jak wyruszymy.
- A kiedy wyruszycie?
- Jak uzbieramy fundusze.

Byłam dumna ze swojej odpowiedzi. To załatwi sprawę na dłuższy czas. Tymczasem w tym samym momencie Mateuszowi zaświtała pewna myśl. Weźmie sprawę mojego zamążpójścia w swoje ręce. Kupi skarbonkę. Do skarbonki będzie wkładał wszystkie drobne monety, jakie tylko przewiną się przez jego ręce. Oto samo poprosi naszych pozostałych przyjaciół. A gdy tylko uzbierają wystarczającą sumę pieniędzy wyślą mnie z Panem M. w podróż dookoła świata, abym nie miała więcej wymówek. Tak. Ten plan wydawał się wprost genialny.

==========================================================
Dobre rady Panny P.
Jeżeli w ciągu ostatnich dwóch lat bawiliście się na kilku weselach i z przerażeniem zorientowaliście, że wszystkie one dziwnym trafem związane były ze ślubem Waszych najbliższych przyjaciół; jeżeli w ciągu ostatniego roku Wasze przyjaciółki zaczęły rodzić dzieci, a Wasi przyjaciele się rozwodzić, to pora pomyśleć o własnym zamążpójściu.

Prawdopodobnie jest i tak już nieco za późno, aby nie wypaść z pieluchowo-rozwodowego towarzystwa i zdecydowanie za późno, aby uniknąć ciągłych pytań pt. „kiedy wychodzisz za mąż”. Ale na pewno nie za późno, aby Wasze wesele stało się towarzyskim wydarzeniem stulecia!
==========================================================

Epilog na początek


Najpiękniejszy dzień mojego życia miał się okazać totalną katastrofą. Tak w każdym bądź razie myślałam jeszcze na dwa dni przed. Tymczasem…

Ach co to był za ślub!

Panna Młoda mdlała, goście płakali, chór śpiewał, dzieci się śmiały… , a goście zgodnie orzekli,  że było to najpiękniejsze wesele na jakim byli. Wszyscy i zgodnie.

Tak ślicznie wszystko w jednym kolorze. I balony i kwiatek przy sukience i karteczki na stołach i zaproszenie takie urocze – zachwycała się ciocia Basia. – Ach, jakie piękne kazanie – wzdychała babcia Ela. – I chór tak wspaniale Wam zaśpiewał – dorzucił swoje trzy grosze wujek Jurek. – Sala przepiękna i ten ogród i ten taras i ten stawik z rybkami i mostek. Wszystko pięknie, tylko czemu tak daleko? – nie odmówiła sobie cienia krytyki ciocia Zuzia i jakby dla usprawiedliwienia od razu dodała: – Ale zespół był rewelacyjny, gdzie taki znaleźliście?

Nikt jednak nie zapytał: – Chyba dużo pracy, czasu, pieniędzy, nerwów Cię / Was to kosztowało? Nikt nie stwierdził: – W swoim CV, w rubryce doświadczenie powinnaś wpisać: 2009-2010: organizacja ślubu i wesela (własnego), a w miejscu umiejętności (aktualnie nabyte): research, logistyka, negocjacje.

Każdy, kto ma to za sobą, wie o czym mówię. Każdy, kto ma to przed sobą i tak będzie się musiał przekonać o tym empirycznie, na własnej i tylko własnej skórze. Czy warto? Oczywiście, że warto! Dlatego, w tym miejscu…

Opowiem Wam, jak wychodziłam za mąż.

Krok po korku, spotkanie po spotkaniu, umowa po umowie podpisywanej z moimi dostawcami opowiem Wam, jak zorganizowałam ślub, którym zachwycała się cała rodzina. Po drodze będę się dzielić z Wami różnymi niewykorzystanymi przeze mnie inspiracjami, podpowiedziami, pomysłami. Z nadzieją, że i Wy podzielicie się ze mną i ze sobą nawzajem swoimi pomysłami na ślub marzeń. Dlatego piszcie maile: [email protected], dyskutujcie na forum, dzielcie się komentarzami! Po prostu bądźcie tu razem ze mną. A więc…

Witajcie na moim ślubnym blogu!

Panna P. wychodzi za mąż!

Switch to our mobile site